Co szkoły programowania robią źle?

Co szkoły programowania robią źle?

Jeżeli zastanowisz się przez chwilę na tym, dlaczego programiści zarabiają tak dużo, a startupy w branży IT w mgnieniu oka zyskują wielomilionowe wyceny, to od razu nasuwa się prosta odpowiedź – dzięki ekonomii skali, czyli możliwości znacznego powiększania obszaru działania przy jednoczesnym niewielkim wzroście kosztów.

Programiści nieustannie automatyzują powtarzalne czynności, wykonują swoją pracę raz, a stworzony przez nich program rozwiązuje dany problem tysiące czy miliony razy. I to przy prawie zerowych kosztach. Wydaje się to oczywiste i w związku z tym bardzo zaskakuje fakt, że tak słabo wykorzystują tą strategię firmy, które na takiej automatyzacji powinny znać się lepiej niż ktokolwiek inny – szkoły programowania.

Krótka historia wytwarzania wartości

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat komputery zrewolucjonizowały praktycznie wszystkie gałęzie przemysłu. Pozwalały one firmom na znaczne obniżenie kosztów, więc te mogły produkować te same rzeczy w dużo krótszym czasie i ponosząc dużo mniejsze koszty. Dzięki temu mogły oferować swoje produkty i usługi w znacznie niższych cenach, a co za tym idzie mogły skutecznie konkurować na rynku i docierać do większego grona klientów.

Warto zauważyć, że firmy zarabiały coraz więcej mimo tego, że sprzedawały produkty coraz taniej. Działo się tak dlatego, że wytworzenie tych produktów było i tak nieporównywalnie tańsze niż wcześniej. Dodatkowo zaoszczędzony czas i pieniądze były inwestowane w dalszy rozwój, który również wiązał się z automatyzacją, co w efekcie powodowało lawinowy wzrost wartości tych przedsiębiorstw. Dziś nazywamy ten proces trzecią rewolucją przemysłową.

Poźniej mieliśmy okazję być świadkami czwartej rewolucji przemysłowej, związanej z internetem i powszechnym wykorzystaniem komputerów. Staliśmy się społeczeństwem zorientowanym na informacje, a potrzeba ich masowego przetwarzania wygenerowała ogromny rynek, który zrodził Dolinę Krzemową, i który dziś stanowi istne Eldorado dla programistów na całym świecie.

Internet zrewolucjonizował i nadal rewolucjonizuje wszystkie dziedziny życia. Pozwala na robienie zakupów bez wychodzenia z domu, pracę z dowolnego miejsca na Ziemi i błyskawiczny dostęp do niemal całej wiedzy znanej ludzkości, przez co rewolucjonizuje również edukację.

Co na to szkoły programowania?

W obliczu tych wszystkich możliwości, trudno nie odnieść wrażenia, że w przypadku modnych dziś szkół programowania coś poszło nie tak. Sprzedają one swój czas na godziny, tak jakby nie umiały wykorzystać w praktyce tego, czego same uczą. Zarabiają na tym niemałe pieniądze, ale zamiast przeznaczyć je na automatyzację i obniżenie kosztów, wydają je na marketing. Cała para idzie w gwizdek.

Co ciekawe, wcale nie trudno wymyślić kilka rzeczy, które można poprawić już teraz. Na pierwszy rzut można by zupełnie zrezygnować z wykładów i zastąpić je wysokiej jakości materiałami wideo. Już dzisiaj jest w internecie sporo wideo-kursów programowania, ale wyglądają one na mocno niedoinwestowane. Skupienie się na stworzeniu takich materiałów w wysokiej jakości wydaje się być dużo lepszym pomysłem, niż tracenie czasu i pieniędzy na wykłady prowadzone stacjonarnie.

Kolejna rzecz, to przynajmniej częściowa automatyzacja zajęć prowadzonych w formie warsztatów. Można by stworzyć interaktywny system, który poprowadzi studentów przez cały proces edukacyjny. Takie rzeczy też już istnieją na różnych platformach internetowych, ale ich jakość mocno odbiega od tego, czego moglibyśmy oczekiwać w erze sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości.

Jeszcze inna sprawa to kontakt z innymi osobami uczącymi się programowania. Wiele osób przyznaje, że jedną z najważniejszych rzeczy jakie zdobyły na kursach lub studiach są znajomi, mający podobne zainteresowania. I znów, w erze internetu spodziewalibyśmy się raczej oferty lepszej niż regularne wyjazdy do innego miasta. To jest temat, w który trzeba by było bardziej przeeksplorować i byłaby to na pewno lepsza inwestycja niż kupowanie blogerów i masowe reklamy na Facebooku.

Krótka historia wytwarzania pieniędzy

Szkoły programowania, podobnie jak uczelnie, nie wyglądają jednak jakby były mocno zainteresowane rozwojem w tym kierunku. Szukając przyczyn takiego stanu rzeczy można dojść do dwóch wniosków – albo nie umieją tego zrobić, albo nie chcą. Jeśli nie umieją, to nie chciałbym się od nich uczyć. Jeśli natomiast nie chcą, to nie widzę tutaj innego powodu niż chęć zarobienia łatwych pieniędzy.

Inwestycja w automatyzację byłaby korzystna i dla uczniów, bo obniżyłaby koszty i dla szkół programowania, bo mogłyby tracić dużo mniej czasu i pieniędzy, i w efekcie mieć możliwość zainwestowania ich w dalszy rozwój. Problem jednak w tym, że w obecnej sytuacji szkołom i tak wiedzie się nieźle, więc prawdopodobnie nie chce im się aktywnie ze sobą konkurować. Tracą na tym przede wszystkim ich uczniowie – czyli często osoby stojące w obliczu trudnej życiowej decyzji o zmianie zawodu, która i tak z natury jest bardzo kosztowna.

Czy to się kiedyś zmieni?

Są dwa potencjalne scenariusze, w których ta sytuacja mogłaby ulec zmianie. Pierwszy z nich zakłada, że boom na rynku programistów się kiedyś skończy, co oznaczałoby trudne czasy dla szkół programowania. Część z nich by wtedy po prostu zniknęła, a pozostałe próbowały by ciąć koszty, co pewnie prowadziłoby do kiepskiej jakości, niedoinwestowanej automatyzacji. Na szeroko zakrojone inwestycje byłoby wtedy po prostu za późno.

Drugi scenariusz zakłada, że znajdzie się w końcu ktoś, dla kogo wytwarzanie faktycznej wartości będzie ważniejsze niż zarabianie łatwych pieniędzy i zacznie on budować ofertę, która będzie na tyle konkurencyjna, że zmusi szkoły programowania do działania. Taka sytuacja mogłaby się przyczynić do rozpoczęcia zdrowej, aktywnej konkurencji, która spowodowałaby dostarczenie dużo lepszej jakości usług edukacyjnych w dużo niższych cenach. Czy to się stanie? Nie wiadomo. Ale, jak to mówią – expect the unexpected.

• • •

To tyle na dzisiaj. Jeśli podobał Ci się ten wpis i boisz się, że przegapisz kolejne, to mam dla Ciebie dobrą wiadomość – w każdej chwili możesz zapisać się na mój newsletter, na którym zawsze informuję o nowych wpisach i podrzucam przy okazji trochę ciekawych informacji. Zachęcam Cię też do polubienia mojej strony na Facebooku i oczywiście do dyskusji w komentarzach. Dziękuję! 🙂

Zobacz też inne wpisy:

Komentarze

  1. Właśnie chodzi o dostęp do wiedzy, a raczej ograniczenie dostępu do niej.
    Wyobraźmy sobie że jestem właścicielem takiej placówki.

    Inwestuję niemałe pieniądze w materiały, procedury dydaktyczne, opłacam wykładowców.
    I na czym JA zarabiam ?
    Na tworzeniu różnicy potencjałów, dzielę społeczeństwo na tych co wiedzą i tych co nie wiedzą a są gotowi zapłacić dużo za informację.

    Stawianie muru dostępności do wiedzy jest w moim interesie.
    Zamknięte wykłady, prowadzone przez „żywego” człowieka.
    Zakaz rejestracji audio i wideo wykładów.
    Które można niebotycznie łatwo kopiować !
    Kursy internetowe? Jaki problem skopiować materiał wyświetlający się na ekranie?

    Ograniczam możliwość wycieku wiedzy poza wyznaczony krąg.
    Tworzę złudzenie elitaryzmu WY wiecie Oni nie.
    Jak średniowieczne stowarzyszenia , albo lepiej jak Gildia magów w Świecie Dysku.

    A rozwiązanie widzę i to całkiem proste i realne.
    Odbiorcy usług informatycznych (biznes) chcąc zapewnić sobie dopływ nowej, młodej krwi, opracowują i tworzą samodzielnie system edukacji w tej dziedzinie.
    W oderwaniu od istniejącego systemu edukacji zaczną kształcić
    masowo,
    a jak masowo to tanio,
    w konsekwencji powszechnie.
    No i doprowadzą do korzystnej dla nich samych sytuacji w której jest nadwyżka podaży pracy informatyków nad popytem ze strony pracodawców.
    Rynek pracownika się prze to skończy a programiści Javy skończą jak absolwenci politologii.
    „A może frytki do tego”

    1. Cóż, otwierajac taką placówkę edukacyjną powinieneś uwzględnić ryzyko, że znajdzie się ktoś, kto będzie podobne usługi świadczył taniej i odbierze Ci możliwość zarabiania. Każdy biznes jest obarczony takim ryzykiem.

      W momencie wynalezienia maszyny parowej rzemieślnicy też byli oburzeni, że ktoś ma zamiar dostarczać takie same produkty jak oni prawie za darmo. Cześć nich nie zauważyła szansy i zbankrutowali. Inni zostali inżynierami i dzięki temu zarabiali o wiele więcej, bo tym samym nakładem pracy zaczeli wytwarzać o wiele większą wartość.

      Rozwiązanie wydaje się więc proste – nie zakładaj takiej placówki. Zamiast tego stwórz interaktywny system edukacyjny. Kto wie, może zrobisz to lepiej niż ja? 😉

      1. Rynek nie jest czasami obwarowany certyfikatami? One … kosztują? Zawęża to możliwości schodzenia z cenami.
        Wiem, liczy się nie papier tylko umiejętności.

        Postaw się jednak w pozycji rekrutera który ma X zgłoszeń na stanowisko. No to pierwszy przesiew leci po papierach a dopiero w drugim, trzecim etapie na indywidualnych rozmowach sprawdza faktyczne pokrycie w umiejętnościach.

        Powtarzam, wystarczające środki aby wdrożyć powszechny i tani system edukacji informatycznej maja najwięksi pracodawcy.
        Tylko oni mają interes dla upowszechnienia tej dziedziny wiedzy.
        (druga część poprzedniego komentarza)
        Bo …
        Szkołom zależy na utrzymaniu wysokich cen usług.
        Uczniom zależy na elitarności zawodu a przez to utrzymaniu wysokich pensji.

        Jedynie pracodawcą (klientom rynku pracy) zależy by oferta (praca) była tania, ogólnodostępna i najlepiej o szerokim asortymencie.

        I jak mniemam duże koncerny wypuszczają na rynek bezpłatne kursy, ale tylko by łapać narybek i kształcić go na własnych wewnętrznych zasadach i ograniczyć ryzyko podkupienia przez konkurencję tych najbardziej obiecujących. Na tą bowiem chwilę nie ma pewności czy i one po części nie zarabiają na elitarności zawodu informatyka.

        Ta sama zasada obowiązuje na rynku diamentów. Nikomu nie zależy aby były one tanie, łatwe w wydobyciu, czy produkcji (syntetyczne)

        Adwokaci nie dopuszczają do palestry byle kogo tylko dlatego że posiada wiedzę i umiejętności.

        „znajdzie się w końcu ktoś, dla kogo wytwarzanie faktycznej wartości będzie ważniejsze niż zarabianie łatwych pieniędzy”

        Nie chciałem tego wyciągać, ale … zrezygnować z łatwych pieniędzy!!!
        W kapitalizmie!!
        Wstań od komputera, otwórz okna, przewietrz pokój, pójdź na spacer.
        Może ci przejdzie.

        1. Certyfikat może wydać każdy. Jeśli miałbym dwóch kandydatów – jednego z drogim certyfikatem, a drugiego z darmowym, ale takim którego zdobycie wymagało dużych umiejętności – to biorę tego drugiego w ciemno. Nie dość, że ma umiejętności, to jeszcze był wystarczająco ogarnięty żeby nie przepłacić. 🙂
          Interes mają tez edukacyjni innowatorzy – skuteczny, nowoczesny, zautomatyzowany system edukacyjny to doskonały materiał na kolejny startup o wielomiliardowej wycenie.
          Jeżeli mam jakkolwiek ustosunkować się do przykładu z prawnikami, to powiem tylko, że jest nietrafiony. Programista to nie jest zawód elitarny, z resztą nie wiem czy kiedykolwiek był i raczej nigdy nie będzie. Każdy może się nauczyć programowania i nie potrzebuje do tego żadnych certyfikatów. Ja nie mam ani jednego, nie mam też studiów informatycznych ani żadnego innego błogosławieństwa ze strony innych progarmistów. Po prostu umiem to robić i zarabiam na tym pieniądze.
          Kapitalizm to nie jest zarabianie łatwych pieniędzy, tylko zarabianie pieniędzy przez inwestycje. Sprzedawanie swojej pracy na godziny na sali wykładowej raczej słabo wpisuje się w ten schemat.

          1. Ustępuję pola w dyskusji.
            Może i w dobie ochrony wartości niematerialnych i prawnych da się obronić przed skserowaniem pomysłu na biznes edukacyjny (np przez Chińczyków. Dodatkowo robiąc na tym niezły biznes.

            Choć z kwestią „łatwych pieniędzy ” się nie zgodzę. Chyba że ( w co powątpiewam ) pomysł na innowacyjne nauczanie dokona takiego przetasowania że tradycyjny model edukacji legnie w gruzach.
            A do tej pory wykładowcy w salach uniwersytetów, na kursach, będą inkasowali za godzinę.
            Bo tak łatwiej.
            Z natury jesteśmy leniwi (w masie a nie jednostki), nieufni wobec nowości a ludzi zarabiających na dysponowaniu specjalistyczną wiedzą określamy mianem elit (stąd elitarność zawodu informatyka).

            Albo jest ze mnie zwykły wapniak, tkwiącym w realiach dwudziestego wieku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *